Dlaczego Jennystime, skoro mam na imię Dorota? — to pytanie wraca jak bumerang. I choć chętnie opowiedziałabym, że to od piosenki „Mam na imię Jenny” Edyty Bartosiewicz, prawdziwy początek jest inny. Zaczyna się od… płyty J.Lo i od kolejki po firmowe gadżety.
2001: J-Lo na repeat i narodziny „Jenny”
Jest rok 2001. Nie ma YouTube’a, Spotify nie istnieje, królują odtwarzacze CD. Jadę na Hel, do Chałup 5,5 – „Albatros”. Miałam zostać dwa tygodnie, zostałam prawie dwa miesiące (z przerwami). Mój znajomy otworzył szkołę windsurfingu i kitesurfingu, a w małej drewnianej szkołce stał… odtwarzacz CD. Płyt było zero. Poza jedną — moją, Jennifer Lopez – „J.Lo”.

2014: pierwszy dzień w korpo i nazwa, która się przykleja
Ta płyta grała non stop: poranki, popołudnia, wieczory. Ktoś rzucił z uśmiechem: „Hej, Jenny!”. I tak zostało. Od 2001 roku mówią na mnie Jenny.Przeskok w czasie: 2014. Mój pierwszy dzień w korporacji. Stoimy w kolejce po odbiór gadżetów — ja i Ania, świeżo poznana „koleżanka z kolejki”. Po paru dniach już się świetnie dogadujemy. Mówię jej, że chcę założyć Instagrama i kombinuję z nazwą, coś w stylu „Jenny’s World”. A Ania na to:
— „Przestań, Jenny’s Time. To jest twój czas.” I trafiła w punkt. Hasło zostało we mnie na lata — jak przypomnienie, że można wyznaczać swój rytm i swoją trasę.
Dlaczego „Jennystime”?
Bo to po prostu „Jenny’s time” zapisane po mojemu: Jennystime — mój czas. Czas na rzeczy, które kocham i które mnie ukształtowały: ruch, wodę, wiatr, muzykę, odwagę i ciekawość. Ten blog to przestrzeń, w której wracam do historii, które mnie stworzyły, i opowiadam te, które dzieją się teraz.
Jeśli lubisz opowieści z nutą nostalgii, praktyczne inspiracje i szczere „z życia wzięte”, zostań ze mną. Będzie o małych decyzjach, które zmieniają kurs (czasem dosłownie — na wodzie), o budowaniu pewności krok po kroku i o tym, że czasem jedna płyta i jedna rozmowa w kolejce potrafią uruchomić lawinę dobrych rzeczy.